Praca wolontaryjna w charakterze opiekunów w domu dziecka w Tupizie w Boliwii- kontynuacja projektu.

Jeśli nie wiesz, dokąd iść…

„(…)jeśli nie wiesz dokąd iść sama cię droga poprowadzi” Jan Twardowski

Nieustanne choć wielokrotnie nieudolne, wieloletnie  słuchanie ciszy,  która w końcu przemawia. Duchowy detektywizm,  wytrwałe szukanie znaków. Nieustanna i wzrastająca tęsknota za odgadywaniem drogi,  prowadzenie za palec, z ufnością w ciemności, jak dziecko z misiem w ciemnym tunelu.

Puzzle układające się w całość- obserwowanie  dzieła mini- stworzenia, wyłanianie się ładu z wielkiego chaosu.

Podążanie za znakami- najpierw Wrocław, potem modlitwa śpiewem- regularne uczęszczanie, nieplanowane spóźnienie- więc idę na inną, na której akurat mowa o działaniach w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym. Półtoraroczna działalność w SWM-ie i wspieranie misji z ziemi ojczystej. I marcowa, wspaniała ale i obejmująca trwogą nowina- jedziesz do Boliwii. Czytaj więcej »

„Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: ‘słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać’”. (Łk, 17,10)

5 czerwiec, niedziela

Gdy mała Nicol biegnie do mnie, jak mam otwarte ramiona, to jest to tak piękne…:)

Pytam Abla: „Dlaczego wszedłeś do pokoju seniorit i ukradłeś boliviana?”(było pewne, że to on)
A on: „Ja tych pieniądzy nie ukradłem, tylko one same mi weszły do buta”;-)

Wczoraj miałam grupy z naszymi dziewczynami i dzień zalatany z Karoli. Na różańcu w domu dziecka grałam zdrowaśki na gitarze, a mała Nicol miala napisane na swoim swterku Lu:);) Przy mnie Yuma, Arminda i Christian;) Oni są tacy kochani:)

Dziś byłam z dziewczynami z internatu w Palali, w otoczeniu czerwonych gór były grupy tożsamościowe i potem Tańce Izraela i nie chciały mnie wypuścić;)
Ale naprawdę czułam się narzędziem, że ja tylko coś przekazuję, ale wszystko dla Jezusa…I Duch Święty działał tak, że hej;)
Przepiękne to było…
Jedna z dziewczyn napisała, że to świetnie, że mogła się dowiedzieć czegoś więcej o Bogu.
W sumie już to przeprowadziłam z 45 dziewczynami w trzech grupach. Gdyby choć w kilku coś zostało, to już dobrze.Reszta już nie należy do mnie;)

Tylko teraz trochę mamy problemy, bo Karoli ma żółtaczkę i 4 rodzaje salmonelli..Masakra..Jest w szpitalu i ciężko z nią. Jak widzę, jak to wszystko tu funkcjonuje, to mnie przeraża. Myślimy o ewentualnym wcześniejszym powrocie, przynajmniej jej…

Też męczy mnie ta świadomość tego i tak wszyscy twierdzą, że mogę się zarazić i na każdym kroku widzę te zarazki;) Ale spoko, mam takie słowa, że ‘nic wam nie zaszkodzi’, więc to nie znaczy, ze nic nie będzie, ale że nic nie zaszkodzi:);)

Jak po raz kolejny biegłam do szpitala, to Mario pyta mnie: „a czy seniorita umrze?” i zrobił przy tym taką minę, że jakby go Karoli widziała w tym momencie, to na pewno by go przytuliła:);)

Jak już dobiegłam (po grupach), to Karoli mi mówi tak słabym głosem, że powiedzieli jej, że chcą ją już dziś wypisać!!! Chyba żartują! Ona leży w tym szpitalu od kilkdu dni, żadnych zmian na lepsze nie widać, ledwo się trzyma na nogach, nie może już drugi tydzień nic jeść, a oni ją chcą wypisać ze szpitala?!! Jeszcze pielęgniarka przychodzi i mówi, żeby Karoli wzięła jakieś tabletki, co jej przyniosła, ona do niej, że lekarz zabronił jej przyjmowania jakichkolwiek tabletek, a ta pielęgniarka, że one uśmierzą jej ból brzucha, Karoli do niej, że jej brzuch nie boli, a ona- to w takim razie nie będziesz miała biegunki, Karoli jej odpowiada, że nie ma biegunki, a ta: „ale weź, pomoże ci ogólnie”;) Paranoja! Albo mówią, że żółtaczka jej już przechodzi, bo jej dają kroplówki;) Nigdy nie słyszałam, że żółtaczkę leczy się kroplówką!;( Jeszcze za chwilę jak znów zobaczyłam, że chcą jej znów wbić igłę bez żadnych rękawiczek ochronnych, to mówię, nie już dość, Karoli upomniała się o te rękawiczki, to przynieśli po dłuższej chwili takie pożółkłe, że nie wiadomo czy lepiej z tymi rękawiczkami czy jednak bez;(. Myślałam, że ich pogryzę;)!!

Poleciałam do siostry Agneli, ona szybko zadzwonila do doktora, który od początku ją leczył i ten wyjaśnia, że w szpitalu na weekend jest lekarka jakby amatorka, że ona nie powinna decydować, czy Karolina wychodzi, czy nie, że jutro jak będzie inny lekarz, to jemu trzeba powiedzieć, że z Karoliną nic nie jest lepiej i że jest ciągle słaba i ma odruch wymiotny i nic się nie poprawiło odkąd tu jest, a jak będą ją chcieli wypisywać na siłę, to mamy do niego zadzwonić. Ten lekarz, co ją prowadzi ma swoją prywatną klinikę i tam trzeba by było słono zapłacić. Pal sześć kasę, jeśli to jest potrzebne, to oczywiscie ją przeniesiemy.

I jeśli się będzie czuła dalej tak źle, to myślimy o powrocie do Polski, bo w środę lecą z Tarija dwie siostry polskie i jak coś, to może Karolina mogłaby lecieć z nimi..
Ale oczywiście Karoli wolałaby się tutaj podkurować i nie wyjeżdżac stąd tak na wariata i w ten sposób…

Jak wracałam ze szpitala to pod koniec biegłam, bo ktoś miał znów chyba niecne zamiary…

6 czerwiec poniedziałek

Wlaściwie ja od kilku dni nie widziałam się też z dziećmi, bo ciągle coś w sprawie Karoli, albo grupy…
Jak się dziś dowiedziałam, że może być tak, że za kilka dni będę razem z Karoli w Polsce, bo tak organizacja napisała, to tak mi ciężko z tym było, bo jeszcze tyle w planach miałam…Ale jeśli trzeba by było, to jasne.
Ja chciałam wracać na wesele mojego brata dopiero na 9 lipca, żeby wykorzystać na maksa ten czas, ale teraz jeśli ma być inaczej, to przyjmę wszystko.
Tylko jedną prośbę miałam: żeby się zdążyć pożeganć z Jhimym i zostawić mu coś o Jezusie, nic więcej…

Najgorsze było, że czułam tak wielką odpowiedzialność na sobie za Karoli..Bo w niedzielę ona naprawdę gadała jak majaczka, nic z nią nie lepiej, wypisywać ją chcą, dają leki, jakie nie powinni, po prostu masakra. Jeszcze tą całą sytuację opisywałam koleżance Karoli z Polski, która jest lekarzem, bo nie ufała tym i chciała, żebym się z nią konsultowała. Na jej prośbę musiałam sprawdzać puls Karoli i robić różne rzeczy, których wcześniej nigdy nie robiłam.
I pytanie naszej koordynatorki z SWMu: „Czy myślisz, że Karolina powinna wracać już? Czy jest w stanie? Jak coś to lądujecie w Poznaniu i od razu karetką na odział Medycyny Tropikalnej w Poznaniu.” Rodzice Karoli oczywiście nic nie wiedzieli.
I wiesz, że co zdecydujesz, to właściwie zrobią..Jeszcze nigdy nie czułam chyba aż takiej odpowiedzialności, był moment, że chodziło o jej życie…, że ona sama już nie wytrzymywała..

Na razie trzeba poczekać, bo w niedzielę Karoli nie byłaby w stanie nawet wsiąść do samolotu.

Wracam w nocy do domu dziecka i dowiaduję się o ucieczce Armindy. Niestety to prawda:(. Tak droga mi osoba…Wiem dlaczego to zrobiła, ale nie będę pisać.
Pojechała do Villazón do swojej ciotki, będzie mieszkała tam gdzie Jhimy i Sheyla, tylko że ja pewnie już jej nie zobaczę…
Poszukiwałyśmy jej w nocy razem z siostrą Rosario i Jessenią.
To była tak wierna dziewczyna, zawsze szczera i nieobłudna. Jejciu, dlaczego najczęściej się docenia aż tak bardzo drogich nam ludzi dopiero wtedy, gdy ich braknie?…

Jeszcze przed snem w ostatnich dniach dopiero robię lectio i tak zasypiam z Pismem Św. przy włączonym świetle;) Budzę się w środku nocy i wyłączam żarówy;)

7 czerwiec, wtorek

Już Karoli czuje się lepiej, jak dobrze:-) Uff;)!!! Ani ona, ani ja nie chciałyśmy wracać wcześniej… Czułam, że jeszcze nie zrobiłam wszystkiego, co miałam zrobić..Ale teraz spoko:) Już znaczna poprawa:) Dzięki Panie:-)

Do Polski jak chciałam wysyłać info o Karoli do tej lekarki, to trzy razy nie było internetu;)
Dobrze ze Niemki wróciły z uroplu, jak Karoli była w szpitalu, bo nie dałabym rady zajmować się dziećmi.

Wieczorem spotkanie polsko-niemiecko-rosyjskie z jakimis turystami;)

10 czerwiec

Karoli już wróciła:) Żyje;) Hurra:-)!!! I rzuciła się na gotowane mięso;) Gotowałam je dopiero drugą godzinę (jeszcze jedna godzina brakowała, żeby wybić te bakterie;), a ona już czekała przy garnku;). A coby było jasne moje zdziwienie, to ona normalnie od 10 lat już nie jadła mięsa;) No jej mama byłaby chyba ztego to byłaby zadowolona;)

11- 12 czerwiec wizyta u Jhimiego i Sheyli w Villazón

Jechałam się z nimi pożegnać.
Przywiozłam im pierogi, byli zachwyceni.
Na drugi dzień jedno z dzieci siostry Jhimego i Sheyli, która się nimi opiekuje pyta, czy nie mam czasem jeszcze trochę tego jedzenia, które zapycha i nie czuje się głodu…?

W niedzielę pojechaliśmy z Jhimym rowerami za miasto, dla niego to wyrwanie się z domu i na chwilę zapomnienie o tamtej rzeczywistości, dla mnie to ostatnia szansa na przekazanie Tego, dla Którego tu jestem. Rozmawialiśmy o życiu, o różnych sprawach. I m.in. robiłam z nim tą piosenkę co robiłam z dziewczyanmi B.Adamsa „Everything I do I do it for you”= dla potrzeb tłumaczenia zmieniłam tylko czas ”Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem dla ciebie”. Jhimy tak patrzy na te i inne słowa z tej piosenki słowa i pytam go: „Jhimy pomyśl teraz o osobie, która mogłaby Ci powiedzieć takie słowa, która wiesz, że cię kocha”. I normalnie jak robiłam to z dziewczyanmi, to większość sama odpowiadała, że to Jezus. Potem pojawiał się Jego obrazek na środku, dziewczyny pisały Jego imię pod tekstem tej piosenki, jako list od Jezusa dla każdej z nich.
Tymczasem Jhimy popatrzył na mnie i powiedział, że to ja jestem dla niego tą osobą…
Takiej odpowiedzi się nie spodziewałam..
Wiedziałam, że to nasze ostatnie tam spotkanie, serce mi się krajało i myślę, co temu dziecku odpowiedzieć?…
Próbowałam posunąć to w kierunku Jezusa, mówię mu, Jhimy jeszcze nie znasz Go dobrze, ale wiesz, że ja tu jestem dla Niego i chcę ci powiedzieć, żebyś spróbował Go poznać…i już nie pamiętam co mu tam mówiłam..

I jak wracałam do Tupizy, to akurat przypadł mi List do Filemona. Znałam go już na pamięć (naszej diak.), ale teraz nabrał dla mnie innego znaczenia…

Boże, dlaczego to takie trudne? Dlaczego to dziecko nie poznało miłości rodziców, kogokolwiek z rodziny? Tylko moją małą na ten krótki czas i teraz muszę go tak zostawić? Czuję, jakby mi serce rozsadzało…
No cóż, zrobiłam, co miałam zrobić i resztę i wszystko zostawiam Tobie.

Jak byłam u Jhimiego i Sheyli to mówili mi, że już widzili Armindę, ale nie wiedzą, gdzie mieszka. Nawet szukaliśmy jej z Jhimym, ale gdzie ją znaleźć? No trudno…Mam nadzieję na tańce z nią w niebie;)

13 czerwiec

Dziewczyny Yuma, Yessenia (po 18 lat mają) i nawet duża Nicol zaczynają płakać, że odjeżdżam…Ciężkie to wszystko..
Mój ulubieniec Christianek (jeden z wielu ulubieńców;) też coś mówi o tym moim wyjeździe, jak odwiedzam ich wieczorem w pokojach, ale z nim to jeszcze jestem w stanie zrobić z tego zabawę;)

Z tym niewidomym panem miałam taką przykrą sytuację, ale chcę się z nim pożegnać w pokoju.

15 czerwiec

Rozmawiałam z najmłodszymi dziewczynkami, bo Karoli słusznie twierdzi, że trzeba dzieci uprzedzać wcześniej, że wyjeżdżamy i że przyjadą inne seniority, a ta mała mówi mi, że jestem zła, że ją zostawiam, a wieczorem jak ją odwiedzałam i przytulałam do snu, to mi mówi, że nie chce mnie nigdy wypuścić…

Jak się żegnałyśmy z dziadkami i babciami z domu starców, to pan Dawid tak płakał…Z nim najbardziej się tam zżyłam. Wcześniej poprosił mnie, żebyśmy się wymienili czapeczkami i tak on ma moją, a ja jego z brazylijską flagą;-)

17 czerwiec

Na trochę pojechałyśmy na Salar de Uyuni. To takie nasze pożegnanie z Boliwią i tym wszystkim, co tu było;):-)

19 czerwiec, niedziela

Rano grupy tożsamościowe z dziewczynami z internatu w górach (ach, jak pięknie), potem grałyśmy w ubijanego. Prosta gra, nie znały, i tyle frajdy miałyśmy przy tym;-) Po prostu cudownie:) Po południu grupy tożsamościowe z naszymi dziewczynami z domu dziecka, z nimi trochę ciężej, ale warto;)

20 czerwiec, poniedziałek

Siostra Agnela mi mówi, że dziewczyny z internatu proszą, żebym poszła z nimi na basen, załatwiła to z siostrą Wilmą, więc ok. Tylko że akurat tego dnia basen był nieczynny;) To poszłyśmy na zjeżdżalnie. I rety, jak świetnie było….!!!! Tak się uśmiałyśmy, ale radochę miałyśmy:)Tyle razy tam byłam z dziećmi z domu dziecka i nigdy nie miały one takiej frajdy, jak te dziewczyny, a one też nie zawsze mają rodziców, trudne to ich życie też; były molestowane, opuszczone…
I tu znów pojawił się znajomy temat, jak kiedyś, jak pracowałam z ‘moimi’ siedmioma chłopcami: zazdrość. Bo już dziewczyny z domu dziecka puszczały teksty, że ja za dużo przebywam z dziewczynami z internatu itp. Ale już teraz się nie dałam w to wrobić;)

21 czerwiec, wtorek

Nasze pożegnanie. Dzieci i siostry przygotowały pożegnanie Karoli i moje od tańców poczynjąc do jakiś skeczy skończywszy. Piękne to było, takie kolorowe:) Zarzekłam się, że nie będę płakać, ale w pewnym momencie zobaczyłam, że Christian się na mnie tak patrzy i patrzy. Te oczy Christiana…Czasem patrzysz na kogoś i nie musisz nic już mówić, bo wszystko wiesz…

Karoli już wcześniej pochlipywała, jak mi te łzy poleciały, to dołączyłam do niej, ale potem już otarłyśmy łzy i śmiałyśmy się i bawiły super:)

Potem wywoływali nas na środek, prezenty, dla Karoli Carla, Christian dla mnie (pewnie se to skubaniec załatwił;). Przez pomyłkę siostry włożyły do mojej części prezentu metr, wyciągam, wszyscy łącznie ze mną myślą, na cóż to jest, a siostra Wilma mówi, że to żebym się zmierzyła w pasie, ile schudłam tutaj i że mam przytyć w Polsce;)hehe;) Siostra detektyw;-)

22 czerwiec

Szkolenie z dziećmi w szkole. W ramach ciągłości szkoleń, które robiłyśmy jeszcze w grudniu w ramach projektu MSZ, poproszono nas o już ostatnią kontynuację tych zajęć. Nawet Tańce Izraela były:) U nas w Polsce w szkołach jeszcze nigdy nie dostałałyśmy hamburgera w ramach podziękowania, ale w Boliwii tak;)
Na tablicy w pewnej klasie zauważyłam plakaty zatytuowane: „O jakim świecie marzą dzieci?”. I uderzyły mnie najbardziej dwie odpowiedzi:
1. „chcę świat, gdzie jest jedzenie” i
2. „chcę świat bez bicia”…

No i żegnałyśmy się jeszcze wspólnie z baletem, ostatni raz ‘Tinku’ razem z nimi… Ale super:) I ta świadomość, że w takim składzie z szalonym też na ‘Tinku’ Leonelem i Boliwijczykami to już pewnie tego tańca tu nie zatańczymy..;( Ale rozstaliśmy się w podskokach;)

Wieczorem obejrzałam z dziewczynami z internatu film, bo chciałam, żeby obejrzały jakiś głębszy film. Wtedy w domu dziecka nic nie było do roboty, a dzieci miały już zasypiać.
Potem one mnie żegnały, kupiły mi taką figurkę z kaktusa z ludźmi w strojach tradycyjnych i jak im puściłam ostatnią jakąś prezentację o Jezusie i powiedziałam, że z Nim chcę, żebyście zostały, to zaczęły płakać;) Ech, te dziewczyny;) Po co tyle łez?;)

23 czerwiec, czwartek

Święto Bożego Ciała.
Pięknie było zobaczyć inną oprawę tego święta, jak w procesji szli w tradycyjnych strojach kobiety i mężczyźni, zwłaszcza te poncha bordowe, no pięknie to wyglądało.

Miałysmy wyjeżdżać z Tupizy dziś, ale 3 minuty przed wyjściem siostra przychodzi i mówi, że są blokady i nie można wyjechać z miasta;-) Witaj Boliwio;)
Ale w sumie było nam to na rękę, bo jeszcze kończyłyśmy pakowanie i gdybyśmy musiały wychodzić za te trzy minuty, to nie zdążyłybyśmy się pożegnać z dziećmi, a to ciężko by tak było odchodzić w ten sposób. I blokady przerwano dopiero za 3 dni, więc czułam się, jakby te 3 dni zostały jeszcze mi podarowane na spokojne dokończenie spraw niedokończonych i pożeganie się w wszystkimi:)
Dzieci się cieszyły, dziewcyzny z interantu też;) My też;-) Więc ogólna radość;)

24 czerwiec

Noc świętojańska, podczas której tańczyliśmy wokół ogniska;)

25 czerwiec, sobota

Karoli wyjechała dziś już w nocy do Potosí, ja jutro do niej dołączę, i już razem do Santa Cruz. Byliśmy z częścią dzieci ją odprowdzić. A jutro kolej na mnie…

26 czerwiec, niedziela

Dzień dla mnie wyjątkowy:=)
Też ze wzgledu na wyjazd z Tupizy. Rano, gdy dzieci jeszcze spały, przed mszą, poszłam po raz ostatni pożegnać się na górę z Krzyżem. Cudownie…To miejsce i wrazenia stamtąd to chyba na całe życie:)…
Potem z dziećmi msza, wspólny ostatni obiad, ostatni raz na ´Tierre Prometidą´ i ´to´ miejsce tak bliskie memu sercu w pobliskich górach, na chwilę jeszcze do dziadków, bo zapomniałyśmy ostatnio gitary, pan David mówił, że dziś już nie będzie płakał. Wracam, impreza urodzinowa dzieci z czerwca, końcowe pakowanie i pożegnanie z dziećmi…
Dość ciężkie to było, choć miałam taki niesamowity pokój i radość w sercu od początku dnia, takie piękne poczucie spełnionego zadania…:-)
Dzieci generalnie nie chciały mnie puścić…Abel się rozpłakał- ten łobuz i urwis, zarzekałam się znów, że nie będę płakać, ale jak widziałam dzieci takie bidne, to nie moglam…
Ramón też był poruszony, ale on mógł mnie jeszcze odprowadzić na dworzec.
A Christian mnie zdziwił, chciałam sie z nim pożegnać na końcu, bo to jedno z dzieci, z którymi miałam szczególny kontakt, a on jak widział, jak Abel, ten zawadiaka niby taki twardy, płacze jak bóbr, to się schował pod kołdrę i nie chciał się pokazywać..Wołałam go, mówię Christianku, chcę się z Tobą pożegnać, ale nie wyłaniał sie… Nie chciałam go do niczego zmuszać, w wolności. Ale trochę przykro mi było.. Zgłupiałam;) Karoli mówi, że przecież ja byłam dla Christiana bardzo ważna i że po prostu mu było strszanie trudno się ze mna żegnać i np. pokazać że płacze, a pewnie tak było…
Ja tylko wiedziałam, że nie chciałam, żeby te pożegnania były takie łzawe, tylko właśnie w radości;) I wolności;-)
Nie chciałam, żeby to pożegnanie wyglądało tak, jak kiedyś z dziećmi ze szkoły w Niemczech, jak po pół roku od nich odjeżdżałam…
Siostrom też powiedziałam, że obyśmy się spotkały tańcząco w niebie:-);)
Do małej Nicol to chyba nie dochodziło…
Jael nie chciała mnie puścić za rękę.
Esther tak mnie objęła, ma siłe ta dziewczyna;)
Dalma się przestała na mnie gniewać;) I okazywała, jak jej żal, że jadę.
Duża Nicol (!) mówiła, że zrobi blokady, żebym tylko nie wyjeżdżała;)
A Vero, że dopóki nie wypowie autobus Cicheño, to nie przyjedzie; nie przyjeżdżał, ale w końcu sposobem ją wzięlismy i powiedziała i w końcu przyjechał;)
Tak czekałam, czy Yuma, Marcelina i Jessenia w koncu dojadą, ale niestety już nie. Pojechały na zawody i miały dziś wrócić, ale jeszcze ich nie było, tak chciały się jeszcze ze mną widzieć. Raz sie pożegnałyśmy i widocznie więcej już nie było wskazane;)
Pomachałam im z autobusu. Żegnajcie, adiós:-):-);)

Jak dobrze, że przyjeżdżają tu inne wolontaruiszki, bo tak my wyjeżdżamy, ale przyjedzie ktoś inny.

28 czerwiec, wtorek

W Potosí wysokość 4500 m.n.p.m., jak szłam, to stawałam co chwilę, bo powietrze łapałam;) Dotarłyśmy z Karoli do Santa Cruz, skąd będziemy mieć odlot do Buenos Aires, a potem już Europa i domek:) Ostatni raz tym autobusem zwanym flotą po tych ich zarąbistych drogach;) Takie dalekie są teraz te drogi asfaltowe..
Ale mogłyśmy tu nie dotrzeć…mogło nas już w ogóle nie być..Dlaczego?
Planowo miałyśmy jechać po raz ostatni tą drogą z przepaściami do Tarija i stamtąd samolotem do Santa Cruz i dalej. Ale ponieważ miałyśmy takie przekonanie w sercu, że mamy jechać jeszcze do dżungli, w rejon Santa Cruz, żeby tam zrobić ostatnie rzeczy misyjne z dziećmi i młodzieżą, to pojechałyśmy inną drogą, przez Potosí- miasto tańca „Tinku”.
Po przyjeździe do Santa Cruz dowiedziałyśmy się, że tego dnia, którego miałybyśmy jechać do Tarija (czyli pierwsza wersja), spadł w przepaść autobus i zginęło 28 osób…
Nas tam nie było, bo kierując się chęcią wypełnienia tego czasu na maksa, pojechałyśmy inaczej niż miałyśmy jechać…
Jeszcze widać nie czas na śmierć;) Zresztą ja wyjeżdżając z Polski byłam naprawdę pewna, że wrócę i ta pewność nie była ode mnie…

Zjechałyśmy z 4500 metrów na 500 metrów, wysiadamy i pierwsze wrażenie to, ile tu powietrza;-), ale super, czuje sie jak ryba w wodzie;), w Potosí tak cieżko było mi oddychać, a tu płucka wdychają ile mogą.
Jesteśmy u padre Carlosa, który wczesniej był w Tupizie i z którym jeździłyśmy po tamtejszych wioskach. Są tu papaje, mandarynki i cytryny na drzewach, pyszny cedron plus hamak w ogrodzie. Baju baju:-) I jeszcze jeden ojciec tu jest Polak misjonarz taki 80-letni, co się nazywa tak samo jak ja. Wydrukowałam mu herb naszej rodziny, to chodził taki dumny, że hej;)
Śpiewaliśmy „Hej sokoły” i inne nasze polskie, a ten ojciec-dziadziuś miał taką krzepę, że hej;)

Chciałyśmy jutro wyruszyć na dżunglę, ale chyba poczekamy trochę, bo obie się musimy trochę podkurować, śmiejemy się, że po powrocie to chyba najpierw się zobaczymy w Centrum Medydcyny Tropikalnej w Poznaniu na oddziale szpitalnym;-) Cały dzień od rana do nocy przespałyśmy z różnymi dolegliwościami, aż się dziwiłyśmy, co my tyle śpimy, ale to chyba też psychicznie jakoś, że tamto już zakończone…

W oczekiwaniu na bilet do Polski, ciągle czekam;)

29.06- 3.07 pobyt na placówce misyjnej w dżungli

Siostra dzwoni do nas i mówi: „Dziewczyny weźcie ze sobą koce, bo jest teraz u nas takie zimno, że ciężko wytrzymać, bierzcie, bo zmarzniecie w nocy, a nie mamy na tyle”. Wiedziałyśmy, że akurat jak jedziemy, to wypada jeden z dwóch tygodni zimy w dżungli, a przyzwyczajone do zimy w Tupizie, wzięłyśmy te koce, skoro siostra tak alarmowała. Zajeżdżamy, witamy się i porozumiewawcze spojrzenie i pytanie do siostry: „A gdzie ta zima?;-)”. Było 17 stopni, trochę deszczowo, ale nic poza tym;) I siostra ciągle zapodaje, że tak zimno;) Trochę się przekomarzałyśmy z nią o to;) Ale ona mówi, no rzeczywiście, że jak u nich poza tymi dwoma tygodniami w roku jest od 30 do 45 stopni, no to już trochę jaśniejsze się staje;)

Nasłuchałyśmy się opowieści o wężach, sposobach na nie, dżungli, próbowałyśmy przepyszne owoce znane i nieznane (choć te niby znane typu banan czy mandarynka tam zupełnie inaczej smakują, ech..;), słuchałyśmy o pracy tam z ludźmi, widziałyśmy wystarczająco tyle, by być w szoku, że tam ludzie są tak bogaci w porównaniu z południem Boliwii, gdzie pracowałyśmy wcześniej.
Ludzie z buszu mają chatki drewniane, albo z liści palm, ale też anteny satelitarne i większość po dwa samochody. To ogromny kontrast. Skąd mają kasę? Z uprawy koki, z której się robi wiadomo co. Tam cały biznes się na tym kręci. Niestety nawet dzieci są w to wplątane…
Koka ma trzy zastosowania:
1. narkotyk
2. liście koki żują ludzie, zwłaszcza z południa (nasz region Potosí i Oruro), gdzie jest bardzo sucho i ponoć jak ludzie żują tą kokę, to nie czują tak głodu…
Przy tym żuciu wydobywa się taki wstrętny zapach..

3. z koki robi się herbatkę, która pomaga na problemy zdrowotne wynikające z wysokości
3 000 m.n.p.m. (Tupiza) czy 4 500 m.n.p.m. (Potosí)- to nawet my z Karoli czasem piłyśmy;)

Bardzo to uderzające było zobaczyć tamten świat…tak inny od tego z Tupizy..Oprócz tego biznesu z koką ludzie z dżungli mają wokół dużo owoców- rośnie tam wszystko; albo po prostu biorą dzidę i idą do dżungli upolować jakieś zwierzę, więc głodni nie są. To widać też po ich budowie ciała, zwłaszcza dzieci. A w rejonie Potosí, do którego Tupiza należy, jest wszędzie sucho, na tej wysokości nie jest możliwa za bardzo uprawa jarzyn, rośnie dobrze tylko kukurydza i ludzie tam nie mają tyle jedzenia, dzieci jedzą makaron z olejem tylko raz w ciągu dnia (np. rodzina Jhimiego i Sheyli). Też ogromna różnica jest w zachowaniu dzieci z dżungli: są otwarte, śmiałe, takie przebojowe, nie boją się wyzwań, zupełnie inaczej jest z dziećmi z południa: do tego stopnia, że niektóre np. z wiosek uciekały, jak nas widziały, zwłaszcza mnie, że ja taki białas;-)hehe;) Normalnie nie tylko dzieci uciekały, ale też dorośli zaryglowywali drzwi, żebyśmy czasem tam nie weszły;) Ale to tylko na szczęście na wioskach tak uciekały.
Z dziećmi robiłyśmy zabawy z chustą Klanzy, piosenki z gitarą i pokazywaniem i krokami tanecznymi;), Tańce Izraela. Z młodzieżą tamtejszą też się świetnie pracowało, też ogromna różnica w ich podejściu. Z nimi było podobnie, z tym że jeszcze były grupy tożsamościowe i jeśli chodzi o tańce, to chcieli się nauczyć jak najwięcej- to grupa, z którą zrobiłam chyba najwięcej tych tańców:) Ciągle mówili: „jeszcze, jeszcze;)”, aż siostra już nas zawołała, bo już późno było;).
A w niedzielę przygotowałam z nimi taniec z darami. Kiedy mówiłam dziewczynom, że mają przyjść na ten taniec w spódnicach, to jedna z nich mówi, że ona nie ma. Myślałam, że sobie żartuje, a ona, że nie ma, bo jej brat jej zabrania, bo nie lubi, jak ona ma spódnicę…A kilka godzin wcześniej siostra mi opowiadała, że wielkim problemem jest tu molestowanie dziewczynek przez braci, ojców, że to ciągle się zdarza..
Że mężczyźni mają tam po kilka kobiet, beż żadnych ślubów, z każdą z nich np. po 12 dzieci, z których przeżywają tylko te najsilniejsze, bo dzieci nie mają znaczenia, przeżyje silniejsze, co tam, a facet swoje musi mieć. Brutalna rzeczywistość.
Te dni w dżungli- pomimo różnych doświadczeń- były świetne, baaardzo się cieszę, że tam byłyśmy i nie tylko ja;) Takie dopełnienie naszej misji w Ameryce Południwej.

4 lipiec, poniedziałek

Po nieprzespanej nocy (wróciłyśmy z dżungli późno, jeszcze z myślą, czy zrobią nam blokadę, czy nie;) rano na lotnisko. Okazało się, że jeszcze nie wzięłam jednego bagaża, myślałam, że Karoli mi go wzięła, a ona, że ja;) Zajeżdżamy, ona z O.Carlosem wrócili się po niego, a ja idę do odprawy. Pani mi mówi, że ja dziś nie wyjadę;) Pierwsza myśl, że to może chodzi o to, co kiedyś usłyszałyśmy, że mogą posądzić, że my szpiedzy i nas nie wypuszczą (już bez szczegółów, ale to była niezła akcja;), na szęście w nieszczęściu okazało się, że to tylko chodzi o jakieś nieporozumienia z biletem i jak zapłacę za te zmiany 50 dolarów, to mi przebukują bilet. Masa kasy, no ale cóż;) Ślub brata za kilka dni;) Okazało się też, że mój bagaż do luku waży 36 kilo, a mógł ‘tylko’ 30;) Więc coby zmniejszyć tą wagę, to musiałam wyciągnąć kamienie piękne tęczowe z Tupizy, które ważyły 6 kilo;) Nic innego nie mogłam wyciągnąć, bo ja sama byłam już obładowana na maksa, razem z kaskiem piórami indiańskimi do tańca ‘Tinku’, które kiedyś chcę wykorzystywać w szkole z hiszpańskim. Te kamienie w tym całym zamieszaniu gdzieś nieopatrznie zostawiłam w siatce. Potem jak już sprawa biletu była uregulowana, to się zorientowałam, że nie mam moich kamieni;). Karolina mówi, że też ich nie widziała. Strażnik zauważył, że czegoś szukamy i mówi, żebym poszła do informacji. Stamtąd mnie prowadzą na osobistą rewizję;) Idę przez ogromnie wysokie drewniane korytarze i czuję się jak w „Procesie” Kafki. Zachodzę, a tam policjanci w półokręgu stoją i czekają na mnie;)!! Ja im: „Buenos dias;)”=dzień dobry.
A oni ostro i poważnie: „Czy te kamienie należą do pani?”
Ja (pewnym tonem, choć w środku se myślę, a może to tylko przynęta i zaraz spełni się to, przed czym nas przestrzegał pewien misjonarz i już nie ujrzę światła dziennego?;): „Tak, to moje kamienie. A co, czy nie można przewozić przez granicę kamieni?”- w środku nerwy, na zewnątrz pewna siebie;)
Ale oni się roześmiali i mówią: „Można, spokojnie, tylko to się rzadko zdarza;) Proszę powiedzieć skąd pani je wiezie”.
Ktoś inny powiedział przy rewizji- później w Niemczech, że dobrze, że pani była tylko niecały rok w Boliwii, bo niewiadomo, co by pani chciała potem jeszcze przewieźć, gdyby była dłużej;)hehe;-):-) Niemieckie poczucie humoru;)

Karoli o O.Carlos jak im to opowiedziałam, to normalnie parskali ze śmiechu;)
Ale w końcu już tak mało czasu zostało do odlotu i nadszedł czas pożegnania. Z Karoli jeszcze zobaczę się w Polsce, z Ojcem możliwe że też, bo ma przyjechać, ale z Boliwią?…

Skończyło się tu coś, czym żyłam przez ostatnie 10 miesięcy. Teraz nowy etap zaczyna się w życiu…Wiele zrozumiałam, w końcu;)..

Jak pomyślę o lotnisku i jak już będę w Polsce i jak się będziemy witać, to radość i wzruszenie się mieszają:) Bilet się zmienił i ląduję w Katowicach, anie w Krakowie, nie zawsze jest tak, jak się chce;)

To wszystko, co było, ale też jest i będzie, oddaję Temu, Który mnie tu posłał. Te wszystkie piękne chwile, historię „Królewny Śnieżki i Siedmiu Krasnoludków”, też te trudne chwile, wszystkich drogich mi ludzi i po prostu wszystko niech będzie dla Jego chwały. Ciągle czułam Jego prowadzenie, Jego rękę. Dziękuję:-) Wyścig serc trwał i myślę, że już w inny sposób będzie trwał przez całe życie i po nim.

„Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: ‘słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać’”. (Łk, 17,10)

“Czy widzisz te dwie blizny?…”

´´Czy widzisz te dwie blizny? To ślad po moich skrzydłach…!’’

2 nad ranem…Noc…ciemna i bezgwiezdna, noc …obfita w złowieszcze pomrukiwanie wiatru, noc…nieskalana czarna otchłań.

Jej stopy odbijające ślady na kamieniach wąskiej ścieżki w pobliżu hogaru. Próbująca wyrwać się z pajęczej sieci dwóch par silnych, męskich dłoni. Przeraźliwy krzyk próbujący wycofać się ze zwodniczej mrocznej pułapki, krzyk odbijający się o obojętność stojących na straży żołnierzy, nieświadomość wpół- śpiących mniszek.

Odrąbane skrzydła niewinności. Dusza motyla zredukowana do duszy poczwarki. Pełznąć, zatkać krzyczące wciąż serce, napchać prochem ziemi wykrzywione z odrazą usta.

Noc…ciemność…cisza – owoc pewnej bezsilności.

Ocalałam, bo tego czasu byłam w innym miejscu. Ocalałam, choć mogłabym nie pofrunąć już nigdy więcej.

Już drugie otarcie się o kleszcze podwójnych sideł bezwstydnych, wyuzdanych dłoni, najpierw tam, w Tarija, teraz tu…

2 nad ranem, połówka czwatrej…ktoś na zawsze przestał się uśmiechać z dziecinną niewinnością…

Skrytym dzieciobijcom mówimy stanowcze NIE- z cyklu przygód podstawówkowego TEGO OBCEGO

Za wieloma państwami, za wieloma rzekami, za wieloma autostradami, za licznymi lotniskami, za wielką wodą, w pewnym małym, czerwonym miasteczku, w domu z czerwonej cegły żył sobie pewien mały czerwony stworek imieniem Ernan. Stworek miał przedziwne czułki – jednym-tym w paski zebry, odbierał pozytywne fale radia-natury, obfite w przecudne pieśni drzew i ptasie hymny. Drugim czułkiem, oblepionym masą przypominającą dziecięce smarki z radością węszył okazje do płatania figli.

Stworek Ernan, jak to ze stworkami bywa, nie jest wolny od mrocznej, ciężkiej przeszłości. Mama- ladacznica, którą Ernan kocha nad życie, znika bez słowa pewnego, z pewnością bardzo pochmurnego i generalnie obfitego w złe warunki dla meteopatów dnia.

Dzięki swym czułkom nasz stworek raduje się każdego dnia nie pamiętając ustawicznie o swojej ciężkiej przeszłości…Ernan nie pamięta, ale jego pęcherz- owszem. Wzburzony prastarymi historiami organ wciąż na nowo próbuje zatopić przykre, traumatyczne wspomnienia chłopczyka litrami moczu wdzierającego się do jego łóżka, spodni, drugich spodni, trzecich spodni, czwartych spodni, piżamy.

Mamy też w naszej historii Kopciuszka, a nawet dwa Kopciuszki, bo za łatwo i za prosto być nie może. Nasze Kopciuszki wytrwale piorą rzeczy młodszego stworka-Ernana, jednak nie są jak bajkowe niewiniątko- na naszym małym bohaterze dokonują rzezi dziecięcej radości i beztroski. Stworek jest bity i obrzucany obelgami, a przecież winny jest nie on ze swoim domniemywanym lenistwem, tylko jego pęchcerz, który, póki co też chce dobrze…a że nie zawsze wszystko wychodzi według planu…

Ten Obcy, który zauważył tragiczną sytuację próbuje obrócić ją wniwecz. Można czasem mówić językiem miłości, ale serce w chmurach nienawiści i zwątpienia nie zobaczy światła. ,, Wszyscy oni są pełni żądzy mordu, a ich spojrzenia są jak wiatr palący(…)Przestępcą jest ten, kto ubóstwia swą siłę.’’(Hb 1, 9.11.) Nasze Kopciuszki polubiły swą siłę, a zatem rzec można, że zamieniły się w jakby-przestępczynie.

Ten Obcy próbuje znaleźć wsparcie i skoordynować działania względem stworka Ernana zwracając się ku Kopciuszkom jakby-Przestępczyniom, a nawet udaje się z oficjalną rozmową do szacownej Macochy, wszystkie jednak próby kooperacji zakończyły się swoistego rodzaju powied-ZONKIEM ’’Jesteś obcy. Nie zrozumiesz,,

Ale,  że dywizą życiową Obcego stało się sławetne ,,No nos enojamos, seguimos con alegría,, (się nie obrażamy , postępujemy naprzód z radością) zaczerpnięte od pewnego peruwiańskiego kucharza, który tak właściwie jest muzykiem, Obcy sigue ze swoją alegriją, piorąc wraz ze stworkiem Ernanem własnoręcznie obsikane przez stworka rzeczy.

Ernan okazuje się być odwrotnie proprcjonalny swym niewielkim wzrostem do swej olbrzymiej wrażliwości. Po tym, jak dzielnie znosi letni prysznic w zimny wieczór i może za pozwoleniem Obcego iść oglądać ciekawą bajkę ze swoimi kolegami, wybiera pranie z Obcym swoich rzeczy, a nawet wspomaga Obcego wygrzebaną z szafy gumą do wycierania podłogi…6 letni stworek mówi, że najpierw razem posprzątają, a potem razem obejrzą bajkę. A mówią, że Boliwijczycy niby nie są odpowiedzialni… Próba odzyskania dzieciństwa i tej domowej, rodzinnej atmosfery… Obcy na prawdę może się wzruszyć. I się wzrusza, zwyczajnie…,,I co się dziwisz?’’

Stworek zaczął kolekcjonować punkty za kosze- czyli umiejscowienie moczu w należytym dla niego miejscu, a więc w toalecie. Pewnego dnia stworek przychodzi do obcego i mówi ‘’dziś zdobyłem 21 punktów’’

I jak tu nie kochać stworków, nawet tych małych oszustów …

Weźmy na przykład takiego Abelka. Chłopiec ma spojrzenie niewinnego koźlątka, lecz jeśli przyjrzysz się źrenicą od razu wyczytasz że jest to chytry lis, szybki gepart. Abel chce w przyszłości zostać … ale wszyscy dokoła wiedzą, że chłopiec specjalizuje się w szperactwie i rewizji osobistej. Jeśli Abel rzuca się na ciebie ściskając go mocno, możesz być pewien, człowieku, że w trakcie powitania zostałeś zupełnie, doszczętnie, do suchej nitki zrewizowany, a mały szpieg wie już wszystko o zawartości twych kieszeni.

Czasem nasz lisogepart wybiera się na łowy aż do naszych olimpijskich włości (mieszkamy po pierwsze na górze, po drugie zwykli śmiertelnicy nie mają do pokoju dostępu) i wykrada leżącego przy schodach bolisa (trochę zmodyfikowana nazwa waluty).

- Abel pozostajesz w czasie niełaski w postaci braku telewizji, dopóki bolis się nie znajdzie!

Abel następnego poranka przynosi bolisa Alicji.

- Dlaczego kradniesz, Abel?

- Ja nie ukradłem, ten pieniądz sam mi wszedł do skarpetki!

Krótka historia znikających tofików

Olimp kusi dobrobytem i tajemnicą, niemożnością łatwego i taniego dostępu…W rzeczywistości nic specjalnego- drewniana podłoga, na niej materace, szafa wielka jak do krainy Narni, i nocne lampki. Na podłodze mnóstwo fruwajacych papierów, książek, dokumentów i …tofiki- premia dla szczególnie-dobrze-sprawujących-się. No dobra, czasem znajdzie się też w naszej przestrzeni niesparowana skarpetka albo bluza niemogąca trafić do kosza na pranie, ale papierki z tofików na podłodze??? I to w centrum, nie gdzieś tam dyskretnie zagrzebane w kąciku, ale właśnie w centrum??? Alicja podkradająca tofiki??? Nie, nie, nie, to nie może być prawda, a jeśli jest to prawda to ja już nie wiem, w co wierzyć-mój mały świat wali się na łeb, na szyję.

Na dodatek ktoś na telefonie wykręcił 18 numerów, zupełnie nieskładnych. Jedno zatem jest pewne- chochlik wkroczył do akcji. I chochlika czas namierzyć, złapać w pułapkę… Wiadro z zimną wodą? Sidła na szczury? Nie, może zaczniemy od bardziej humanitarnych metod- weźmiemy chochlika na przyczajkę! Biuro śledcze siostry Wilmy zostało doszczętnie i szczegółowo poinformowane o zaistniałych zajściach.

Teraz pozostaje tylko czekać… tykający złośliwie zegar. Chcę zostać na straży nocnej, wszak tofiki cenne, a kradzież nie do przyjęcia. Tyk, tyk, tyk, drzwi zamknięte, nikt nie wejdzie, tyk, tyk, tyk, to może by się tak zdrzemnąć trochę, takie maleńskie 4,5 minuty…albo chociaż 4 minuty 10 sekund…

Poranek, przebudzenie, pokój w głowie, pokój w sercu, pokój myśli, pokój morza niewypowiedzianych słów, a w pokoju…w promieniach słońca… w całej swej niespełnametrowej okazałości… CHOCHLIK!!! podpieprzający, za przeproszeniem, po raz kolejny, z niewinnym uśmiechem tofiki: ’’Seniolita, dzieńdobly seniolita’’.

Proszę, proszę, jaki z naszego dwuletniego Eidana kulturalny podpierniczacz.

“Mi pensamiento eres Tu”

11 kwiecień- 14 maj

Po rozeznawaniu miałam pewność, że mam jechać z Karoli w tę podróż o charakterze misyjnym po Ameryce Południowej. Długo by opowiadać co i jak było- to raczej osobiście- bo nie mam czasu teraz tego spisywać, ale co nieco napiszę.

Pojechałyśmy w cztery strony (jak z tańca „Ewangelizacja 4 stron świata”:)): Argentyna, Chile, Peru, Ekwador.

Podczas tej podróży doszło do mnie, jak bardzo głęboko zakorzenione jest to pogaństwo tutaj…Chrześcijaństwo jest tylko czymś zewnętrznym.

Na przykład na Wyspie Słońca pod La Paz w kulturze Aymará do dziś (opowiadał o tym młody chłopak) składają ofiary dla ‘pachejmamy’=’matki ziemi’ z serca lamy (mojej kochanej lamci;(..) wraz z owocami i …wodą święconą! Do tego służy im kościół…Jak to ten chłopak powiedział, że słyszeli o Jezusie, ale tradycja Inków musi przetrwać…

Ale działy się też piękne rzeczy…w Argentynie spotkałyśmy takiego prawdziwego poganinia, opowiadał, jak to ta ‘pachamama’ nigdy nie zawodzi i trzeba jej składać hołd i pokazywał kapliczki, w których były ołtarzyki z obrazkami Maryi i świętych plus koka, owoce, cygara itp.-dla ‘pachejmamy’! Szok normalnie, jak on to i inne rzeczy o tym synkretyzmie opowiadał…Ale my mówiłyśmy o Jezusie. Choć krótki czas się znaliśmy, to jednak bardzo się zżyliśmy. Potem, jak się żegnaliśmy, to piękne rzeczy się działy…Mamy nadzieję, że spotkamy się z nim też w niebieJ Pan Bóg już ma tam swoje sposoby…

Ja po tej całej podróży już miałam dość tego pogaństwa…Bo doszedł do mnie jakby bezsens naszego działania, że przecież oni tyle gadają o tej ‘pachejmamie’ i wierzą i składają wciąż żywe ofiary, nawet z ludzi…-na razie bez szczegółów, opowiem osobiście..:(

Jak tu jechałam, to myślałam, w sumie to dziwne, że mam jechać do Ameryki Południowej, bo przecież mówi się, że tu katolicyzm jest. Tylko zobaczyłam, jaki ten katolicyzm…I tak mi smutno i ciężko z tym było…

Pomogła mi rozmowa z pewną polską siostrą po drodze, powiedziała, że naszym zadaniem nie jest myśleć o tym, tylko siać, a reszta nie do nas należy…Jakoś mi to jej zdanie bardzo pomogło:)

Oczywiście nie wszyscy w ten sposób postępują, ale chyba większość.

Z drugiej strony, jak tyle się osłuchałam o historii Inków i jak Hiszpanie z nimi postępowali, no i że narzucili im siłą ten katolicyzm, to też coś pokręcone to było, bo jak to wprowadzali chrześcijaństwo bronią, podczas gdy Ewangelia mówi o miłości…? Zresztą przecież niestety w ten sposób często wprowadzano chrześcijaństwo na całym świecie…Jakaś paranoja..

14 maj, sobota

Powrót do Tupizy. Jak fajnie, już chciałam wrócić, choć wiedziałam, że ta podróż też była w planie Bożym.

Oprócz Silvi, której zmienne zachowanie dla mnie i Karoli do dziś pozostaje zagadką, wszyscy się cieszyli, że w końcu przyjechałyśmy. I to taka radość była obejmować te małe sworzonka, które krzyczały: „señorita”;-), tudzież duże pannice. Pytam Armindy, jak się czujesz? Odpowiedź: „źle”. Ja: „ojej, a dlaczego?”, a ona: „Bo señority długo nie było”;)

Ach, jak dobrze, że już w Tupizie. Tu jeszcze tylko trochę ponad miesiąc w Tupizie, potem do Santa Cruz i dżungli ;) robić jakieś rzeczy z młodzieżą (typ grup tożsamościowych dla dziewczyn, tańce itp.) i już do PolskiJ

Z jednej strony bardzo się cieszę, bo już bardzo tęsknię, a z drugiej tak jakoś smutno to wszystko i wszystkich tu zostawiać…L

Jak pomyślę o lotnisku (na szczęście będę lądować w moim KrakowieJ) i o Marcysi, która na pewno tam będzie, to się wzruszam jak dziecko;) A co dopiero, jak Was wszystkich prędzej czy później zobaczę;-) Doszło do mnie, jak już tęsknię…

Ale nie ma co za bardzo wychodzić w przyszłość;) Już dziś Yuma i Jessenia prosiły mnie, żebym poszła z nimi dziś wieczorem na mecz, w którym brały udział. Było to dla nich ważne. Popatrzyłam tylko na nieład panujący w pokoju i stos ciuchów do prania, ale co tam, to nie zając, nie ucieknie;)

Tylko poszłam jeszcze na Eucharystię, bo dziś mój stary przyjaciel się żenił w Polsce i chciałam się za nich pomodlić, dziewczyny mnie odebrały i poleciałyśmy na mecz.

Yuma mi daje swoją czapkę- coby zakryć odblask moich włosów na publiczności, ale i tak wzbudzałam powszechne zainteresowanie, „gringa” na widowni;), to zeszłam na niższe trybuny do babć i dziadków;) Przynajmniej nikt mnie nie molestuje;)- żeby się odczepili

Prawie zasypiam ze zmęczenia jeszcze po tej podróży, ale to nic;) Widać, że wróciłam do Tupizy, bo znów życie na pełnych obrotach;) Zresztą, kiedy nie było?;-)

Innych dzieci rodzice byli na publiczności, a od nich nikt, to chociaż ja…Takie były wdzięczne..Czasem im naprawdę niewiele trzeba…

15 maj, niedziela

Drugiego dnia w niedzielę rano i wieczorem znowu rozgrywki finałowe. Rano w niedzielę mecz był na boisku pośród tych czerwonych gór, wowJ

Wcześnie rano, niedziela. Maluchy krzyczą do naszych drzwi: „Señorita, chcę malować;)” Same sobie otworzyły drzwi! Czyżby jakieś zmiany w zasadach?;)

To już inna Tupiza, niż przed podróżą, liście opadają z drzew, nadchodzi tu zima;) Rano i w nocy jest straasznie zimno, a w dzień grzeje na całego. Wielkie amplitudy.

I dostałam wreszcie listy z Polski!!!:) Wchodzę do pokoju po powrocie do Tupizy, a tam na moim materacu kopa listów i paczekJ Co za niespodziankaJ!

Większość jeszcze sprzed świtąt Bożego Narodzenia, ale i tak miłoJ DziękiJ Szły pięć miesięcy, ale w końcu doszły;)

Paola już taka uspokojona, wydaje się, że zapomniała o swoim dramacie. Choć w jej głębi na pewno to gdzieś jest…

Po różańcu dzieciaki otaczają zewsząd, Ramon z Emim coś tam się wygłupiają. Wszystkie tak urosły! A Eidan potrafi już wejść po schodach do naszego pokoju!

I teraz jaki kontakt z Marceliną i Adelaidą;)

Efrainek pyta: „Señolita (nie potrafi wymówić ‘r’), a czy zrobimy bitwę na poduszki wieczorem?”;)

15 maj, niedziela

Rano znów zawody Yumy, Jesseni i Marceliny. Nie zostałam do końca na tej części, bo się przedłużało i nie zdążyłabym na mszę, a później ze względu na inne zamiary nie dałabym rady. Dziewczyny przegrały i stwierdziły, że to przez to, że poszłam;) Ale im mówię, że to nie tak!;) Obiad, Griselda tyle naładowała mi tego, że pytam, czy dla innych będzie, a ona nawet mowy nie było, że to dla mnie i tyle;). Potem trochę odpoczynku- padłyśmy z Karoli jak muchy i później z dzieciakami w góry do ‘ziemi czerwonej’, nowa ‘Tierra Roja’;). Podczas tej ekskapady nowa dziewczynka Katy Ana mówi coś o tych skałach, że coś tam ‘pachamama’. Aż mi się gorąco zrobiło! Bo nigdy nie słyszałam tego wcześniej w domu dziecka. A to nowa dziewczynka i już inaczej. Opowiadała co tam jej o tym mówili. To jej mówię, że jest tylko jeden Bóg i nie ma innego itp. Choćby naszym dzieciom  to dogłębnie wyjaśniać, to już coś…Praca u podstaw.

Z dzieciakami było naprawdę pięknie, tak spokojnie i te niesamowite krajobrazy…To dla mnie po pobliskim Toroyo i Machu Picchu najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam w Ameryce Południowej.. nasza dawna ‘Tierra Prometida’J

Dziewczyny wieczorem grały ostatni finałowy miecz, przypilnowały żebym na pewno z nimi poszła i wygrały;) Oczywiście miały swoją teorię;) Ale to pole też do odpowiedniego gadania;)

20 maj, piątek

Wczoraj Marcelina powiedziala mi, że nie wierzy w przyjażń…smutne strasznie, ale ja jej mówię, że przyjaźń naprawdę istnieje, że jakie to piękne móc liczyć na kogoś i żeby uwierzyła, że kogoś spotka, kto będzie jej prawdziwym przyjacielem i że życzę jej tego ogromnie…

Ależ tu teraz strasznie zimno (tu teraz zima), w nocy i rano to po prostu szczękam zębami, bo nie ma ogrzewania, ale w dzień spoko, słońce świeci. Z dziećmi ciągle coś się dzieje. Bardzo jestem szczęsliwa, że tu jestem, bo wiem, ze to była wola Boża i to najważniejsze.

Jesteśmy sobie w sali przy odrabianiu zadań i słyszę, że Ximena mówi coś o „pachej mamie”, wstaję szybko i widzę, że ona to czyta z książki w rodzaju katechizmu (!) diecezji Potosí! Tam jest takie stwierdzenie, że Bóg stworzył „pachamame”= „matkę ziemię”=pogaństwo i pytanie, ‘czy oddajemy wystarczająco dużo czci dla „pachejmamy”; myślałam, że się wywrócę, w katechiźmie, gdzie stronę wcześniej jest napisane o Jezusie, na drugiej stronie wypisują coś takiego! Gadałam o tym potem z siostrą Luisą, nie była tak tym podminowana jak ja, bo jak mówi, ona się wychowała w tej kulturze i że sobie do dziś u niej w rodzinie i w innych tak rzucają ziarenkami czy czymś takim w czasie karnawału, żeby „pachamama” sie pożywiła i potem mieli dobre plony… Help!!!;)

Historie dzieci, ciągle chwytają za serce. Nowa dziewczynka, której rodzice się rozwodzą i toczą o nią kłótnię, do kogo ma pójść, do matki czy do ojca- dramat Katy, która w tym wszystkim nie chce być w domu dziecka; dramat Paoli, ktora w przedszkolu płakała dwie godziny, bo rozmawiali o Dniu Matki, a potem matka jednego dziecka podczas odbierania małych z przedszkola potrafi zapytać, czy to dziecko z ‘domu dziecka’wskazując na Paole i pytając przy niej, czy naprawdę nie ma mamy…, oczy Christiana pełne nadziei… -ktoś pukał do drzwi, a ponieważ byłam tuż przy nich, to stwierdziłam, że otworzę, pytam kto tam, i widzialam tylko buty, ale takie jak nasze dziewczyny mają, a nikt nie odpowiadał zza drzwi, więc myślałam, że to któraś z naszych dziewczyn się znów wygłupia i nie mówi swojego imienia, otwieram, a tam jakaś kobieta upita…(strasznie to wyglądało..) mówi, że jest matką Christiana i chce mu dać boliviana (równowartość chyba 40 groszy). Ja jej mówię, że musi iść do sióstr i przez nie może się spotkać z Christianem, że ja jej tymi drzwiami nie mogę wpuścić.

Poszłam do siostry, żeby jej powiedzieć o tym, ale ona mówi, że już wie o niej, ale że jej nie wpuści, bo jest pijana. No w sumie naprawdę ona żałośnie wyglądała i dla dobra Christiana lepiej, żeby jej nie widział w takim stanie, bo on jej nie pamięta, a tu nagle w ten sposób miałby spotkać swoją matkę…Więc tylko krążyłam gdzieś tam i słyszałam, jak ta kobieta dalej się tłukła do drzwi. Jeszcze podczas tej mojej krótkiej z nią wymiany zdań zdążyła powiedzieć do Abla (bo widziała, że u mnie nic nie wskóra): „Zawołaj mi tu….” i na szęście nie wypowiedziała imienia Christiana. W pewnym momencie chłopcy mnie oblegli i pytają:

„Kto tam tak puka?”

„Jakaś kobieta”

„A kto to?”

Moje milczenie i chyba wyrazisty smutek…

Christian ponagla pytanie: „Kto to?”

Abel dopowiada, że właśnie ta kobieta kazała mu kogoś zawołać, ale nie wie kogo…

A Chrstian stoi i się we mnie wpatruje…te jego oczy…taka determinacja..jeszcze nigdy go takiego nie widziałam…Nie wiem, on może czuł, że to może być jego matka..Nie chciałam go potem nawet o to pytać, bo by się skapnął…

Chciałam tylko, żeby nie widział jej w takim stanie, bo to zupełnie inny chłopiec…Zresztą  tak to nie ja (na szczęście) decydowałam o ich spotkaniu bądź nie.

Ale ciężko mi z tym było…

Po poludniu podlewanie drzewek, a raczej wielkie ściemnianie dziewczyn przy tym. Wtargnął Christian i Abel i Ramon na świeżutko pomalowaną canchę. Arminda mi mówi, że im tu nie wolno być (nakaz odgórny), bo jest wszystko takie czyste (;), ale akurat ostatnio przeczytałam trochę bloga poprzedniej wolontariuszki Dominiki (gdzieś znalazłam na kompie o tej już wtedy wymaganej często przesadnej czystości, która zupełnie nie odpowiada naturze chłopców)  i powiedziałam, że biorę to na swoją odpowiedzialność, że oni tutaj są (zwłaszcza jeszcze po tym wydarzeniu z Christiana matką) i na tych huśtawkach nowiutkich, pięknie kolorowych ułożyli z piachu kope, zakręcili łańcuch od huśtawki i puścili ją w obroty, efekt byl świetny, taki rozprysk, pochwaliłam ich tam, a Christian taki błysk w oku;) Kurczę, to chłopaki, oni potrzebują ‘dzikich’ zachowań, by nie stali się babami;)

21 maj, sobota

Rano z siostrą Rosario i Karoli robiłyśmy różne dynamiki dla dzieci, w ramach obchodów świąt wielkanocnych dla dzieci. Siostra przygotowała też prezentację o Janie Pawle II, się wzruszyłyśmy;-) Śpiewałyśmy różne piosenki, z jakimiś tanecznymi krokami i robiłyśmy zabawy z chustą Klanzy. Jak siostra powiedziała wczoraj, że to ma być ok. 160 dzieci, to se myślimy, o rety;), ale jazda, ale nie bylo aż tyle dzieci.

Było pytanie, jaki pseudonim mial Karol Wojtyła, Christian krzyczy: „Lolek” i był taki zadowolnony, że wiedział i dostał nagrodę. Potem ją sprezentował siostrze Soni, która kiedyś tu pracowała, a teraz jest w Tarija. Niemki jechaly do Tarija i zbierałam listy od dzieci, żeby jej podały, a Christian wlaśnie tą swoją wygraną nagrodę chciał jej dać. Ja też podawałam coś dla Ivana (jednego z siedmiu;) i Yessici. Miałam gorączkę na całego, gardło tak bolące, ale latałam jak wariatka, żeby to na czas zrobić, bo miałam wielką radość przy tym;)

„Dos chiñitos”- byli tam też chłopcy bliźniacy, którzy wyglądają jak Chińczycy, myślałyśmy, że tam padniemy ze śmiechu, bo siostra Rosario to potrafi zabawić publikę;)

Potem szybko obiad z dziećmi i spotkanie z takim niewidomym panem. Kiedyś przyjechał do domu dziecka, szukając mnie i umówiliśmy się na sobotę na godzinkę. On jest niewidomy od 5 lat, wcześniej był adwokatem. Zna się na muzyce europejskiej, kompozytorach i wielu innych. Twierdzi, że jest trochę szykanowany,  jak wychodzi na ulicę i próbuje iść coś zjeść itp, to najczęściej tylko turyści chcą mu pomóc przejść przez ulicę, a potem ludzie gadają, że on się zadaje tylko z turystami. Jak sie kiedyś spotkaliśmy, jeszcze przed naszą podróżą,  to akurat też w ten sposób, pomogłam mu dojść do domu. I jak mnie szukał, to akurat byłam w podróży, ale ostatnio juz dotarłam, i jak rozmawialiśmy, to powiedział, że jedno zdanie, które wtedy wypowiedziałam, sprawiło, że tak mnie szukał; jak zapytał, dlaczego mu pomagam, to ponoć (już nie bardzo pamiętam) odpowiedziałam, że Jezus mi to kazał zrobić;) Ten pan ma taką nadzieję, że choć w tym ostatnim miesiącu będę mogła go odwiedzać, choć wie, jak mało mam czasu, kiedy mogę. Ale dla chcącego nic trudnego;)

Potem przygotowania na różaniec, który miałam mieć z ‘niby’ moim pokojem dziewczyn nr 2. Zawsze mi mówili, że ja to jestesm od pokoju nr 5 chlopaków i tak też sercem czułam, no ale odkąd ‘moi’ chłopcy poszli, to już nie było tak i chcę nadrobić tamten czas dla dziewczyn. Przygotowałyśmy coś w rodzaju ołtarzyka z sercem z kolorowych kamieni z tych bajecznych gór, i było ustalone, że drugą i czwartą część gram na gitarze, a one śpiewają.Wszystko było już gotowe, zapytałam siostry, czy różaniec na pewno jest o 17.30, odpowiedziała, że tak, zostawało pół godziny, więc wyszłam na chwilę w góry, bo choć przez 10 min chciałam głębiej pomyśleć. Wracam 10 min przed czasem i widzę, że różaniec już się rozpoczął!;) Już była druga część! Normalnie tutaj to nigdy nic nie jest pewne;) Ale przez to musiałam wziąć gitarę i usiąść w miejscu, gdzie stali Ramon i Emmanuel, ci moi¨starzy chłopcy. Więc pomimo tego, że byłam w pokoju drugim, to i tak wyszło tak, że moi chłopcy stali przy mnie;)

Dziewczyny te też „moje” mialy skądś kota, którego ukrywały od dwóch dni i tak wchodząc tam coś jeszcze przygotowując na ten różaniec, widzę, że siostra Rosario (razem jesteśmy odpowiedzialne za ten pokój) odkryła tego kota i wynosi go za fraki mówiąc d mnie: „popatrz, one miały kota”, ja oczywiście udaję, że o niczym nie wiedziałam;). A potem siostra mi mówi, ze siostra Wilma już w nocy gdzieś słyszała miauczenie kota;) Jak to Karoli stwierdziła, „siostra detektyw”;-). Ona to jest naprawdę przeagentka, nic nie umknie jej uwadze;)

Potem od razu po różańcu na wywiadówki do szkoły średniej, siostra Rosario mnie pogania, ja lecę z jednym butem włożonym, drugim w ręce, kurtką w drugiej ręce, rozwiana jak nic, Niemki przechodzą i znów ich znaczące spojrzenie poukładanych Niemek mówi wszystko;-) Ani siostry ani Niemki nie nadążają za sposobem funkcjonowania moim i Karoli;)

Jak kiedyś we czwartek, jak nie mialam czasu zjeść śniadania, a trzeba już było jechać na zakupy, to wzięłam makaron na talerzu do auta i jedziemy z Karoli;-) Niemki robią takie czadowe miny przy tym, ze normalnie potem z Karoli nie możemy się przestać śmiać;) To takie różnice kulturowe, nie tylko pomiędzy nami i ludem indiańskim, ale też Słowianami i Germanami;)

Idziemy z siostrą, tak se gadamy a jakiś chłoptaś znów gwizda i mówi po angielsku „hello baby”, ja oczywiście jak zawsze nic nie opdowiadam, a siostra się odwraca i mówi mu po hiszpańsku „cześć”;). Ja trochę w szoku, za chwilę pytam, czy siostra wie, co on powiedział, ona że nie, to jej tłumaczę, i wpadamy w niepohamowany śmiech i tak idziemy i nie możemy przestać;) Siostra jeszcze dopowiada, że miał dość zdziwioną minę jakby nie wiedział o co chodzi, w końcu siostra stwierdza, że już chyba więcej nigdy nie powie czegoś takiego w rodzaju „cześć mała” w obecności siostry zakonnej;)

Potem wywiadówka, siostra na wywiadówce u 5 naszych dziewczyn, ja u 9, bo akurat na wywiadówkach tych dziewczyn co siostra miała, dużo gadali i nie mogła tak latać. Potem tez miałyśmy niezły śmiech w drodze powrotnej, bo śmiałyśmy się właśnie z tej sytuacji, że siostra siedziała sobie jak księżniczka na tych wywiadówkach, a ja latałam po innych i tylko dostarczałam jej kartki mówiąc „ya está”;) i pytając kto jeszcze brakuje;)

Na tych wywiadówkach to zupełnie inne realia, klasy takie biedne, sufit z jakiś tektur, babcie tudzież matki z aguayo, wszyscy tacy ciemni…;)

W pokoju rano i wieczorem jest tak zimno, że po prostu nawet ciężko się ruszać. Okazało się, że Niemki sobie pożyczyły nasz piecyk (pojechaly w podróż) i na szczęście teraz już mamy piecyk, och jaka ulga;). Tylko tak mi się myśli, jak tam Jhimy przeżywa to zimno w tym Villazón, bo przeciez widzialam, jak on mieszka…Sheyla to jeszcze śpi w łóżku wszyscy razem obok siebie (w sumie 6 osób), a Jhimy..lepiej nie gadać..:(

Wczoraj były wywiadówki z ocenami kończącymi śródrocze, jak to fajnie odbierać karteluszki ze świetnymi ocenami, gorzej z marnymi; już rozumiem, jak to kiedyś mój tata tak mówił;)

Wieczorem rozmowa z Nelly i Yumą, taka szczera i od serca, Opowiadaly, jak się czują w domu dziecka, ich historie życia, traumę dzieciństwa; Nelly która widziala jak jej matka się paliła, a ich ojciec potem ożenił się z inną kobietą i zostawił swoje trzy córki; traumę bycia bitą przez pijanych członków rodziny (Nelly mówi, że do dziś ucieka na drugą stronę ulicy jak tylko widzi pijaków); Yuma, która się martwi o swoją siostrę, bo ma problemy ze zdrowiem, studiuje i ciężko jej się utrzymać, a Yuma mówi, że chce pracować, a nie studiować, bo nie będzie mogła się utrzymać, a wolałaby żeby jej siostra dokończyła studia. Ach…Ona za kilka miesięcy wychodzi z domu dziecka, bo kończy już szkołę i ma 18 lat, wierzę, że będzie mogła studiować…Jej łzy wzruszenia, poruszenie..

Opowiadały, że już tak chciałyby iść stąd i o ich problemach i relacjach, pytały, co robić. Yuma mówi, że jej rodzina może przyjedzie jak zakończy szkołę, naobiecują coś, a potem i tak nic z tego nie będzie. Jakie to przykre, nie móc liczyć na swoich bliskich, dopiero widzę to z drugiej strony i bardziej się docenia, to co się ma…

Dałam Armindzie w ukryciu telefon do Jhimiego, i miała zadzwonić na mieście, jak szła do dentysty, ale prosiłam ją, żeby nikt nie widział, no ale potem mi powiedziała, że Ramon też przy tym był, bo razem szli do tego dentysty. To zawołałam potem Ramona, on mówi, że wie, co chcę powiedzieć, i że nie zdradzi tego i był taki uradowany, jak mi opowiadał, że też słyszał, jak gadali z Jhimym i co tam Jhimy mówił;) To jeden z naszej dawnej historii Królewny Śnieżki i Krasnoludków i tak fajnie bylo to znów poczuć przez chwilę;). Te moje chłopaki!;) Już nie mówiąc, jak Arminda się cieszyła;)

22 maj, niedziela

Raniutko poszłyśmy z Karoli w góry (dzieci nie mogą wtedy, bo to cała celebracja wybierania się na mszę). Wróciłam na mszę na gloria, i taka zachwycona, śpiewam to gloria całym serduchem (po takim lectio, że uuuJ), a siostra Juana tak się na mnie popatrzyła- chyba o to spóźnienie;), ale i tak nie przestawałam;)

Przy obiedzie Jessenia mi opowiadała o ich sytuacji w klasie, że ma koleżankę, która jest w ciąży, ale chciała ją usunąć=zabić dziecko, tylko Jessenia ją przekonała, żeby tego nie robiła. Uff!!! Jessi mówi, że w jej szkole to większość dziewczyn zachodzi w ciążę w wieku 16, 17 lat!!!! I opowiadała też, że kiedyś jedna z jej koleżanek specjalnie podnosiła ciężary, żeby spowodować poronienie i niestety tak się stało….Masakra!

Potem pytam siostry (prośbę dzieci) czy mogłybyśmy wyjść z dziećmi też w góry po południu, albo w ogóle gdziekolwiek, ale odpowiedź: „nie bo mają spać”, ja pytam „całe popołudnie?”, odp.: „tak, bo potem mówią, że są niewyspane”, aż w końcu siostra stwierdziła, że będą jednak oglądać telewizję i że jak chcemy to możemy z nimi;(.

To poszłam do dziadków i babć do domu straców na chwilę, ale czułam, że mi głowa i gardło nawalają, więc w sumie to łóżkowo spędziłam to popołudnie. Ale też w tym czasie, jak słyszałam, że na dole w kaplicy siostry mają adorację (my tam jeszcze na adoracji nigdy nie byłyśmyL), to przychodziły mi do głowy takie pomysły, co zrobić w tym ostatnim miesiącu. Zobaczymy, jak to będzie;)

23 maj

Emanuel odszedłL Jego mamę kiedyś poznałyśmy…Oby wrażenie nasze było mylne i miał lepiej…

Sytuacja z Hernanem, który nie może utrzymać moczu i sika w pościel prawie co noc, jego prześladowanie przez starsze dziewczyny odpowiedzialne za pokój, pomoc Karoli dla niego (tylko donosiła mi kolejne rewelacje, jak leżałam chora), chora atmosfera i dokuczanie jej- to wszystko przypominało nam sytuację, która tutaj była wcześniej ze mną i innymi dziećmi…

Po prostu tu by się przydał pełnoetatowy psycholog!!! Albo psycholodzy, normalnie czasem to istny dom wariatów!!

Te dziewczyny (i nie tylko) nie rozumieją, jak te młodsze dzieci boją się tego bicia, jak się kulą i patrzą zatrwożonymi oczami, już nie mówiąc o ranach psychicznych…

Rozmawiałam też z Adelaidą o biciu (ona teraz razem z Marceliną jest odpowiedzialna za pokój 5), wyjaśniałam to wszystko z różnych stron, a ona opowiadała mi potem, że ją też bili i podpalali ręce (według dawnego zwyczaju Inków) i że nawet jedna siostra tak robiła, bo dużo kradła w przedszkolu i była też zamykana w ciemnym pokoju… A teraz ona sama bije chłopców, za pokój których jest odpowiedzialna…

Po tym i nagromadzeniu tych wszystkich sytuacji w ostatnich dniach czułyśmy z Karoli taką bezsilność…, płacz nic nie pomoże, ale pozwala wyrzucić z siebie ten bunt na tę rzeczywistość popierania, a nawet propagowania bicia, zwłaszcza jak płakałyśmy we dwie;) Polskie łzy na boliwijskiej ziemi.

Jak się cieszę, że przyjeżdżają tu po nas nowe wolontariuszki, bo ciężko by było zostawić dzieci, gdyby tu nikt z wolontariuszy nie przyjechał…

24 maj

Mam już tego dość. Zbliża się Dzień Matki i od najstarszej do najmłodszej dziewczynki płaczą, Yuma 18 lat, i pod jej łóżkiem mała Nicol się przebudziła, jak już odchodziłam, popatrzyłam na nią, na te jej malutkie podpalone rączki i znów nie mogłam…

A to się dopiero zaczyna..

25 maj

Jak wróciłam, to nie poznaję Christiana, taki łobuz sie zrobił, walczy o pozycję w grupie, ja z nim już nie pracuję, bo mam gimnazjum i szkołę średnią, i jakoś tak się oddaliło to wszystko…

Z Ablem ADHD-owcem to wyższa szkoła jazdy, siostry już  w ogóle nie mogą zrozumieć, że on przecież wychował się w domu dziecka, a jest taki łobuz, że hej;)

Arminda jest tu dla mnie taką opoką, taka wierna, co nigdy nie zmienia do mnie stosunku, niezależnie czy dobrze, czy źle.

Rozmowa przez telefon z Jhimym, pyta kiedy przyjadę, coś tam sie śmiejemy, opowiada o balecie i rowerze i że zamarza…czyli, to czego się obawiałam..:(

Nicol do mnie mówi ‘koketa’, wczoraj jak Karoli odwiedzała pokoje, to ten szkrab ją pyta, a gdzie jest „señorita koketa”;-). Ta nazwa od psa, trzeba by było zobaczyć, jak ten pies się zachowuje, ale trafne określenie;) Wychodzę kiedyś z domu dziecka, zamykam drzwi, a ta mała stoi z rozbrajającą miną i mówi „señorita koketa”;-), to coś w rodzaju ‘oczarowywać’, a zatem nie wypieram się;) bo to mi baaardzo bliskie znaczenieJ

Donia Deidi mówi, że mnie przywiąże sznurkiem w kuchni i mnie nie puści;) Kochana onaJ

Ależ jestem zła, bo znów przyplątały mi się jakieś wstrętne choróbska, a teraz jak już siostra Wilma wyraziła zgodę na nasze propozycje na ten ostatni miesiąc, to naprawdę nie ma czasu, żeby chorować!!

Jejciu, ta presja czasu, żeby zrobić wszystko, co mam zrobić…Sama nic nie mogę, ale w Nim wszystkoJ

28 maj, sobota

Dzisiaj właśnie wieczorem zaczęłam z dziewczynami starszymi grupy tożsamościowe.

Przygotowałam salę (taki mały stół agapowy;), światło- żeby to była dla nich niespodzianka;)

Najpierw zrobiłam z  imi ten tekst o różnicach pomiędzy kobietami i mężczyznami po to, by wskazać na to, że będziemy się zajmować właśnie kobiecością, bo jesteśmy właśnie takie a nie inne, bo Bóg tak chciał. Razem z mężczyzną jesteśmy stworzone na Jego obraz i podobieństwo, ale teraz zajmiemy się tylko płcią żeńską.

Potem rozdałam im kartki z piosenką B. Adamsa „Everything I do I do it for you”, puściłam z laptopa muzykę, przetłumaczyłam najważniejsze na hiszpański i jak się piosenka skończyła, zwłaszcza zwróciłam im uwagę na słowa: „nie ma tak wielkiej miłości jak Twoja” i „wszystko, co zrobiłem, zrobiłem to dla ciebie” i położyłam na środku obrazek Jezusa i powiedziałam im: „Teraz napiszcie Jego imię, to Jego list do każdej z Was”…Widziałam ogólne zaskoczenie, ale i delikatne uśmiechy na ich twarzachJ

I mówię im, ze właśnie chcę im trochę powiedzieć o tej Jego miłości…

Rozdalam im kartki z psalmem 139 i czytałyśmy go dwa razy i potem podkreślaly słowa które poruszały ich serca i potem je powtarzałyśmy na głos (takie male lectio). Adelaida mówi, że nie rozumie tych słów, to ja jej mówię, czy możesz sobie wyobrazić, że jest ktoś, kto cię tak zna i tak bardzo przenika, że wie kiedy siedzisz i wstajesz, że zna wszystkie twoje myśli i słowa, zanim je nawet wypowiesz, że widział wszystkie twoje dni i te radosne i smutne i wszystkie są zapisane w Jego księdze, że on tak kocha…

Potem też rozdałam im kartki z cyklu ‘powołanie do bycia sobą’ i ‘biały kamyk’. Miały wypełniać tylko trochę odpowiedzi (bo to byłoby za dużo na raz, a odpowiedzi mają czas uzupełnić przez póltora tygodnia, powiedziałam im, że chcę widzieć kartki uzupełnione, nie muszą się obawiać, że będę czytać, jak np. nie chcą, ale chcę widzieć, że pomyślały i zastanowiły się nad swoim życiem). Kazałam im odpowiedzieć tylko na nieliczne pytania w tym momencie m.in. jakby zdefiniowały miłość, czym jest miłość dla nich. Jedna dziewczyna z internatu (też później robiłam to z dziewczynami z internatu) powiedziała, że właśnie w tym momencie czuje miłość…, jak tak siedzimy przy sobie i rozmawiamyJ (ona ponoć jest w tym internacie ze swojej woli, bo już nie mogła wytrzymać ze swoją rodziną i prosiła siostrę, żeby ją przyjęła).

Potem zapytałam ich, czy chcecie poznać odpowiedzi, jaka jest miłość? I rozdałam im teksty z ‘Hymnu o miłości’ św. Pawła, kazałam podkreślić słowa ‘miłość’, a potem w ich miejsce wstawić swoje imię. Oczywiście wszystkie się śmiały, jak np. któraś czytała „Ruth jest cierpliwa, nie zazdrości, nie pamięta złego…”. Potem miały wstawić też w te miejsca imię ‘Jezus’. I już wtedy nikt się nie śmiał, bo wiedziały, że to prawda…

I mówię, że właśnie to nam uświadamia, jak wiele jeszcze brakuje nam do ideału miłości..

31 maj, wtorek

Nie mam czasu na nic, od 5 dni nie byłam w górach, nie chodzę już w ogóle na tańce boliwijskie, bo po prostu szkoda mi czasu, wolę być wtedy z dziećmi. Nie ma czasu na pranie, sprzątanie (taki syfik sie zrobił, ale w końcu wczoraj w nocy doczekał się posprzątania;), jak zdążę wskoczyć na internet na 20 minut  w ciągu dnia (z czego 5 min uruchamia się;), to już jest dobrze. Jak to wspaniale liczyć na przyjaciół z poszukiwaniem rożnych rzeczy po powrocie i tłumaczeniem na hiszpański materiałów na grupy tożsamościowe- sama nie dałabym rady (chyba bym już w ogóle musiała nie spać;). DziękiJ

Wczoraj bylam niby u fryzjera, tzn. Yuma, która niedługo kończy liceum chciała mi zrobić trwałą. Potrzebują modeli na ocenę, a chciałam coś zrobić z tymi włosami, więc poszłam. Ja nie mogę, co to za przeżycie! Aż normalnie krzyczałam;-) Hehe;) To ciężko opisać, ale mam nadzieję, że się da opowiedzieć;) Wyglądam normalnie, w sumie fajnie to wyszło, ale kurcze, co za przejścia;)

Jak to Karolina stwierdziła: te dziewczyny mogłyby być fryzjerkami w ekstremalnych warunkach, np. jak ktoś sie wspina na jakieś tysięczniki i przez dluższy czas nie ma fryzjera;)

Mam teraz przymusową dietę, jakieś paskudztwo mi sie przyplątało i żeby to wyleczyć, to najlepiej trzeba by było w ogóle nie jeść;)

Już chce czasem do Polski. Przynajmniej tam nie muszę tak uważać na jedzenie. Ale to w sumie tak jak mnie weźmie, także spoko;)  A z drugiej strony tak mało czasu tu jest i tyle jeszcze chciałabym zrobić…

Jak dobrze, że się tu już skończyły te obchody Dnia Matki. Straszne to było…Najpierw w piątek (tutaj dzień Matki jest 27 maja), dzieci wracały smutne ze szkoły.

Małe dziewczynki, które odprowadzam do przedszkola akurat tego dnia nie musiały iść do przedszkola, bo tam była wielka fiesta i po co, jakby znów płakały.

Ale potem poszłam odebrać nową dziewczynke Katy Ane, której rodzice prowadzą prawdziwą bitwe o nią. Zachodzę (bo trzeba ją zaprowadzać i odprowadzać, żeby rodzice jej nie wykradli itp…), a ona zapłakana w objęciach swojej matki. Dyrektor mi tłumaczy, że dzwonił do siostry, bo na dzisiejszy dzień jej matka dostała pozwolenie widzenia sie z nią. Już trzeba było iść, ale dziewczynka nie chciała puszczać swojej matki. To mówię, że może ta pani zechce iść z nami do domu dziecka razem, że bedą mieć więcej czasu, żeby być razem. A Katy krzyczy, że nie, bo że jak ją ta mama odprowadzi, to i tak za chwilę zostawi ją w domu dziecka…To ja empatia z nimi;)

Jak rzadko, chciałyśmy być akurat tego dnia z Karoli punktualnie na obiedzie z nimi, bo im strasznie na tym zależało.Dzieci tak się biły, żebyśmy tego dnia szczególnie przy ich stole usiadły, ale się nie da podzielić na siedem stołów.

Trzyletnia Nicol dostała chyba wczoraj z przedszkola jakiś malutki prezencik i cały czas powtarzała: „mi mama”…

Do mnie mówi Nicol tego dnia na canchy „mama”, a mi się serce rwie i mówię jej, „nie, Nicol, nie jestem twoją mamą..”…

Pięcioletnia Paola pyta wczoraj przy odprowadzaniu do przedszkola: „czy Evo jest w piekle?”- ja się rozglądam, czy czasem żołnierze tego nie usłyszeli, bo jeszcze pomyślą, że ja ją uczę takich rzeczy o ich prezydencie;)

Więc mówię, że nie, jeszcze żyje.

Ona dalej pyta: „A do piekła idą źli ludzie i do nieba dobrzy, tak?A czy moja mama jest zła?”

Masakra…Co jej odpowiedzieć?

Juan Victor, brat Nicol, szukał wczoraj  na ulicy drugiej części zaproszenia na Dzień Matki, bo był taki przejęty, że je zgubił, bo skoro zgubił, to jego mama już na pewno tego dnia nie przyjedzie, bo to jego wina, że zgubił tę karteczkę…

Wracając do tego dnia. Wieczorem zrobiłyśmy z dziećmi takie małe spotkanko modlitewne, prztetłumaczyłyśmy „Czarną Madonnę” i „Matko Boga, Królowo świata” i zagrałyśmy to plus dziesiątek różańca na gitarze przytaczając słowa Jezusa, kiedy powiedział: „Oto Matka twoja”. Potem rozdałyśmy dzieciom obrazki Maryi z główną kartką z cytatem z Pisma Św. na każdy pokój i jakieś tam cukiery.

W niedzielę była impreza urodzinowa dzieci z maja, m.in. 18-letnia Jessenia miała urodziny, i tak zauważyłam, że nagle zniknęła. Poszłam jej szukać, a ona płacze. Pocieszałam ją co mi tam przychodziło do serca i mówię, idziemy tańczyć? (wiem, że ona też lubi;). Na początku jeszcze jej łzy kapały, ale potem tak ją ciągałam w te i tamte strony w tańcu i różne obroty, że się zaczęła śmiać;)

Dzieci przygotowały coś z okazji Dnia Matki i chciały to przedstawić siostrom. Siostra Wilma oczywiście wyczaiła, że coś przygotowują i mówi, żebym powiedziała, że to z dedykacją dla Maryi, bo te ich relacje i dzieci to nie są matczyne-jak też sama się z tym zgadzałam i dzieciom o tym mówiłam. Masakra była, jak 18-letnia Claudia zaczęła tańczyć taniec o matce i były słowa „Mamo przytuliłabym się do ciebie” i zaczęła płakać…Straszne..

Jak dobrze, że to już ostatni dzień tych wielkich obchodów Dnia Matki…

A Karoli miała w sumie śmieszną przygodę z podpalaniem i tortem;-)

Dowiedziałam się, że będę mieć pracę w szkole, gdzie wcześniej pracowałam przed wyjazdem plus jeszcze inne niespodziankiJ I tak sobie myślę, że ja tu załatwiam sprawy Jezusa, a On już w Polsce i okolicach moje;-)J Wyścig?;)

Czuję, że już nadchodzi ten czas powrotu i chcę wszystko do końca wypełnić, tak jak Jezus tego ode mnie oczekuje…

W kalejdoskopie dziecięcych światów…

Kolejny semestr. Szkolna proza życia…choć w zasadzie nowa grupa, z którą pracuję do prozaicznych nie należy. Grupa Ślimaczków tryska pomysłami.

            Jael przesiedziała ostatnio godzinę z przyklejoną własnoręcznie na ustach, za pośrednictwem taśmy klejącej karteczką z napisem „Nie rozmawiam” zaraz  po upomnieniu, by zajęła się lekcjami. 

            Jhovana potrafi kopiować 1 zdanie 5 razy z wciąż nowymi błędami, za to pracuje stosunkowo szybko, jeśli tylko się ją motywuje i odwraca jej uwagę od dziejących się w sali mniejszych bądź większych szaleństw boliwijskiej dziatwy.

            Nie brak też w naszej grupie męskiego przedstawiciela rodu ślimaczków – Emanuela o przydomku Ciao-me-voy (cześć-idę/spadam). Chłopiec jest naprawdę pooooooooooowolny jeśli chodzi o pisanie, ale za to jego zeszyty wyglądają bardzo, ale to bardzo ładnie, co satysfakcjonuje nauczycieli- w boliwijskim systemie edukacji stawia się na formę, niekoniecznie na treści. Czasem Emi odpływa myślami, stojąca przed nim ściana sali zamienia się w morze, a on na swej barce chwilowej refleksji przemierza dalekie krainy głębokiej kontemplacji,bądź też wielkiej pustki, bo Emi w tych momentach wygląda tak, jakby oglądał nicość. Wielką majestatyczną ciszę przerywam moim: „Emi, pisz proszę”. Chłopiec zabiera mnie do krainy swych czarnych jak węgiel, bystro błyszczących oczu i z powagą dorosłego człowieka rzecze: „Seniorita się zajmie swoją pracą. Ja myślę”.  Czytaj więcej »

Bogu wyśpiewam wdzięczności psalm

14 marzec, poniedziałek

Idąc ulicą, czy w domach można zauważyć naczynia z gliny, z prawdziwej gliny, jak za daawnych czasów;). Jest też pan, który naprawia rowery i ten warsztat to wygląda jak jedna wielka graciarnia, powszechne babcie z awayuq (tymi świetnymi kolorowymi chustami) i my „białe” budzące ciągle powszechną sensację;)

Gniazdka działają, jak się włoży kabel pod odpowiednim kątem;)

Ostatnio mnie prąd kopnął, akurat byłam z dziećmi w sali…Ale żyję;)J Przecież jeszcze jest w życiu wiele do zrobienia:)

A jaki mamy piękny widok z pokoju!:) Same szczyty kolorowych gór :)

Dzieci już znalazły sposób na mnie na jadalni, jak tak wołają do swoich stolików;) Teraz po prostu kradną mi talerz i zanim dojdę, żeby odebrać ten talerz, to on już jest na danym stole;)

Carla mnie nie chce wypuszczać ze swoich objęć wieczorem i inne dziewczynki ciągle krzyczą: „Seniorta, teraz do mnie”, jak już tam idę, to utykam na spory czas;).

Pewna kobieta przyszła i pyta, co trzeba zrobić, żeby ich dziecko trafiło do domu dziecka, a siostra jej mówi: „umrzeć”;)

Telenowele są tu wszędzie obecne, może być nie wiadomo jaka bieda, ale telewizor w rozpadającym się domku to obowiązek. Telewizor są nawet na rynku! I ludzie zapatrzeni w te telenowele…;) Czytaj więcej »

Może po to Jezus…

„Może po to Jezus wyciągnął Cię tak daleko na pustynię, w góry,

aby mógł Cię mieć tylko dla siebie :) (czyjeś słowa w mailu do mnie)

Te słowa są tak trafne…Dzięki:) Tak chyba rzeczywiście jest;)

8 luty

Od kilku dni wielkie robienie tzw. carátulas, czyli pierwszych stron do zeszytów. Tutaj ucznioweie mają obowiązek te swoje pierwsze strony w zeszytach jak najładniej ozdobić. Pomnożyć to razy 50 dzieci i po kilka zeszytów na dziecko to jest niezła sumka;) No i tak się siedzi teraz po nocach;) Ale przynajmniej teraz Marcelina już nie jest nadąsna;)

Pomagałam Jesseni robić carátulas, przychodzi któras i pyta dla kogo to robię, Jessenia siedzi obok, a ja mówię, że dla kogoś pięknego;)- dla ….?-i tu padały propozycje;)

Jak niezgadywali, to dalej bawliśmy się w zagadki:)

‘Dla kogoś inteligentnego.’ ‘Dla….?’

‘Dla kogoś bystrego? ‘Dla Jesseni?;)

W końcu;)

Do domu dziecka dołączyło rodzeństwo Ernana, jego brat Juan Victor i trzyletnia siostra Nicole, którzy mieli strasznie poparzone rączki i przez jakiś czas byli w szpitalu. Dziewczynka początkowo miała tu nie przychodzić, bo ma tylko 3 lata, ale nie było innego wyjścia… Ta mała jest tak biedna zdezorientowana, że kogo się da, to nazywa ‘mama’. Spokojnie się jej tłumaczy: ‘to nie twoja mama’, a jak słyszy dzwonek do drzwi, to ciągle z nadzieją w głosie pyta: ‘mama?’… Czytaj więcej »

INtroDUCCION

Odszedł… na zawsze…obfity w palące słońce styczeń…Wiem, miałam zrobić podsumowanie roku, chciałam założyć jakieś noworoczne cele. Niestety doba, mimo usilnych próśb do św. Mikołaja- nadal jedynie 24 – godzinna. A do tego trzeba jeszcze czasem spać, więc reasumując, niewiele tego życia zostaje.

W Europie czas to pieniądz, więc ludzie szukają czasu, bo pieniądze, w mniejszej lub większej ilości są. W Ameryce Łacińskiej ludzie nie mają pieniędzy, za to zawsze mają czas – na czekanie, na rozmowy, na wolne stawianie kroków, na głębokie oddychanie, na noszenie wody, na przesiadywanie na ławce, na spokojne, niekoniecznie efektywne wykonywanie swej pracy. Co cenniejsze? Kto jest w lepszej sytuacji?

Czytaj więcej »

Dlatego…

„Dlatego zwabię ją i wyprowadzę na pustynię, i przemówię do jej serca.” (Oz; 2,16)

22 styczeń

Nie ma to, jak kompot z pomarańczy albo ananasa;) Tudzież z innych egzotycznych owoców;) Pamiętam, jaki bajer był 8 grudnia z owocami na taniec z darami: ananas, papaja, kupiłam gruszkę i jabłko też było- coby choć trochę po naszemu było;), coś w rodzaju śliwek, pomarańcze i różne rodzaje bananów (u nas tylko jeden rodzaj, a tu i małe i duże i bardziej żółte i mniej żółte  z łodygą lub bez;-) Choć tu tak gorąco, to ludzie w takich długich rękawach chodzą, bo nie chcą mieć jeszcze ciemniejszej skóry, ale my dziołchy z Europy nie możemy wytrzymać w takich długich ciuchach, jak jest ponad 30 stopni;) Na początku ja jeszcze zakrywałam się przed słońcem, jak oni, ale już mi się ciuchy rozleciały;) Dzieci, młodzież i dorośli się nieźle grzeją, ale noszą te długaśne ubrania>) Już pomijając, że nam na sam ich widok jest już gorąco;-) Dziś byłyśmy 3,5 h (!) na adoracji (tak na tutejsze możliwości, bez monstrancji), bo ksiądz zapomniał o nas i byłyśmy ‘uwięzione’ w kaplicy;-)… Czytaj więcej »

Ty tylko mnie poprowadź…

4 styczeń

Dzieci mają wakacje, a my full pracy z nimi;) Są cztery grupy, cztery seniority i cztery tygodnie wakacji, więc pracujemy z daną grupą, a potem zmiana. Ponieważ Sheyla i Jhimy doszli, jak już zrobiłyśmy plan, to podzieliłyśmy tak, że Sheyla idzie w tym tygodniu do mojej grupy, a Jhimy do Any. Uważałam, że tak będzie lepiej, czułam, że Jhimy w tym tygodniu nie ma być w mojej grupie. Jak przyszedł, to jeszcze był dość ostrożny w stosunku do mnie – po tej ostatniej rozmowie jego z siostrą- i powiedział przez Emanuela, żeby go zapisać do grupy Any. Ja i tak miałam wcześniej takie właśnie postanowienie;) Potem jednak, jak już byli przydzieleni do grup, to Jhimy się pyta, dlaczego on nie jest w mojej grupie, i że w takim razie on nic nie będzie robił. To była oczywiście jego gra. Taki szantaż, którego byłam świadoma.

Czytaj więcej »

Partnerzy

Polska Pomoc
Obrazek
ObrazekKarolina Chromczak
ObrazekAlicja Trzaska